Dziewięcioro w mroku, I Sectusempra
Exit U2
Mothers of the Disapeared U2
Running to stand still U2
God’s country U2
I. Sectusempra
Tablica na kamienicy głosiła: Grimmauld Place 12. Nic, poza nią, nie wskazywało na to, że wokół znajdują się inne budynki, że wokół w ogóle istnieje jakiekolwiek życie.
Płaskowyż był pusty i martwy, zima nie opuszczała go przez większość roku, a skaliste podłoże utrudniało rośnięcie nawet górskim krzewom. Porywisty wiatr uderzał w ściany kamienicy, blade słońce odbłyskiwało w szybach, z komina wydobywał się brunatny dym. Fred widział to wszystko, lecz ktoś inny, gdyby jakimś cudem zabłąkał się w tę niegościnną okolicę, nie ujrzałby nic, poza skalistą płaszczyzną wznoszącą się nad równiną porośniętą morzem wysokich traw. Dom był dobrze ukryty przed wzrokiem postronnych. Zobaczyć go mogło obecnie jedynie dziewięcioro członków Zakonu Feniksa; każdy na ten przywilej zasłużył latami ciężkiej pracy i osobistych ofiar.
Szybkim krokiem wszedł po schodach i otworzył drzwi. Od progu powitały go nieprzeniknione ciemności. Po dłuższej chwili zaświeciło się w nich nikłe światełko, które następnie rozdzieliło się na dwa mniejsze. Te, zbliżając się do chłopaka, stale rosły. Gdy zawisły tuż przed nim, miały już wielkość pomarańczy. Zadrgały dziwnie i niespodziewanie dla Freda wniknęły w jego ciało. Oczy młodego czarodzieja zalśniły, stanowczym ruchem potrząsnął głową, jakby zaprzeczał oskarżeniom słyszalnym tylko dla siebie. Potem wymamrotał jakieś niewyraźne słowa, a różdżka sama wysunęła się zza paska jego spodni, by znaleźć się w prawej dłoni chłopaka. Światła wydostały się z niego, odpłynęły w ciemność i zgasły. Równocześnie w holu zapłonęły świece i zrobiło się całkiem jasno.
─ Jesteś, nareszcie.
Ze szczytu schodów doszedł do jego uszu znajomy głos.
─ Na bambosze Merlina, Remusie, co to za nowe zabezpieczenia?! – zapytał, wciąż nie mogąc otrząsnąć się ze zdziwienia.
Remus Lupin uśmiechnął się blado.
─ Pracowali nad nim Flitwick i McGonnagall, zanim ich straciliśmy.
Zapadła chwila ciszy, która zawsze towarzyszyła wspominaniu tych, których losy, z jakichś przyczyn, rozplotły się z Zakonem Feniksa.
─ To, co zostało do zrobienia, wykonała twoja siostra z Hermioną.
Fred pokręcił głową z niedowierzaniem.
─ Kilka dni nieobecności, a już widać zmiany. Poza tym muszę ci podziękować. Gdybyś w ostatniej chwili nie aportował się przed Ministerstwem, nie miałbym pojęcia, gdzie was szukać.
─ Drobiazg – odparł Lupin z uśmiechem. – Chodź lepiej na górę. Wszyscy już czekają na wieści.
W niewielkim salonie na piętrze, wokół stołu zgromadziło się sześć osób. Stare meble Blacków, wytarte już i spłowiałe, były kiedyś szalenie modne i drogie. Obecnie, zdekompletowane niegdyś podczas licznych szałów alkoholowych Syriusza, wyglądały żałośnie – kanapa nie pasowała do sofy, otomana pochodziła z zupełnie innego pomieszczenia, stolik pochodził z gratów trzymanych latami w piwnicy, którą trzeba było opróżnić pod laboratorium. Fred popatrzył na zebranych ze zdziwieniem, gdyż ostatnio rzadko udawało się zebrać tak liczną grupę. Poczułby się może ważny z powodu obecności tak wielu słuchaczy, ale był na to zbyt zmęczony. Marzył tylko o tym, by zamknąć się w swoim pokoju na poddaszu i rzucić na łóżko.
A niech to.
─ Nie ma tego zbyt wiele – przyznał, ściągając nareszcie płaszcz i wieszając go na jednym z trzech wolnych krzeseł. Spojrzał pytająco na grupkę zebranych.
─ Jeszcze nie wróciła, Fred – Odparła młoda kobieta z burzą nieujarzmionych włosów. – Ale to dopiero trzy dni, powinna być tu przed końcem tygodnia.
Rudzielec chciał zapewne wzruszyć ramionami, ale wyglądało to, jakby bezskutecznie próbował strząsnąć z siebie niewidzialny ciężar. Usiadł, głośno wypuszczając nagromadzone w płucach powietrze.
─ Powiedz coś wreszcie, na Merlina! – warknął siedzący w głębi pokoju mężczyzna. Jego krzesło stało z dala od innych, częściowo poza padającym ze świec chybotliwym światłem tak, że twarz miał ukrytą w szarym półmroku.
─ Nie denerwuj się Snape – prychnął Fred Weasley. – Wszystko wam opowiem, ale jestem zmęczony, dobra?!
─ Daj mu odetchnąć, Severusie – powiedział łagodnie Lupin, stając w progu.
─ A ty gdzie się tak długo szlajałeś, Luniaczku? – czarne, zmierzwione włosy i okrągłe okulary nie mogły należeć do nikogo innego, jak do Pottera.
Wilkołak machnął niedbale ręką i skierował się w stronę krzesła obok Hermiony.
─ Musiałem sprawdzić zabezpieczenia, ot co, jakbyś zapomniał.
Po jego wypowiedzi zapadła cisza i wszystkie twarze skierowały się znów na pozostałego przy życiu bliźniaka Weasley. Chłopak podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
─ Jak już wspomniałem… Nie dowiedziałem się zbyt wiele ani o Nocie, ani Shunpike'u, ale… - odchrząknął.
Fred nigdy nie palił się do roli szpiega. Nie zabiegał o nią i trzymał się od niej jak najdalej. Taka była jego umowa z Luną. Dziewczyna straciła na wojnie ojca i zostałaby zupełnie sama, gdyby i on oddał życie w słusznej sprawie. Dlatego obiecał nie narażać się bardziej, niż to będzie konieczne. Teraz, kiedy jego brat bliźniak odszedł z tego świata, kto inny mógł tak doskonale zastąpić go w roli kreta? Kto lepiej niż Fred Weasley znał myśli i sposób bycia George’a? Czy mógł nazywać to koniecznością?
─ Czytałem coś o tym, że nasz miłościwy Minister Magii szykuje nową ustawę o wilkołakach – wypalił. – Jakieś bzdury o waszych wyjątkowych właściwościach – zwrócił się do Remusa, - że niby wreszcie Ministerstwo was doceni, blablabla. Same bzdety, aż do momentu, w którym jest mowa o obowiązku obrony czystej krwi i szlachetnym poświęceniu dla dobra rasy.
─ Widać Minister próbuje uderzyć w sentymentalną nutę – zażartował Lupin, uśmiechał się lekko.
─ Taaak, w każdym razie… no do jasnej cholery, on z was chce zrobić jakieś pieprzone mięso armatnie!
W pokoju najpierw ozwały się szepty i okrzyki, ale potem ucichły, kiedy Lupin podniósł rękę.
─ Nie on pierwszy próbuje takich sztuczek z wilkołakami. Już wiele lat temu, przed moim pierwszym spotkaniem z Greybackiem, próbowano nas w jakiś sposób – zamilkł na moment, jakby szukał odpowiedniego słowa – zinstytucjonalizować.
─ Tak, Remusie, ale teraz są zupełnie inne czasy – prychnął Potter – teraz Ministerstwo już nawet nie udaje, że walczy z zagrożeniem, JAWNIE popiera tego mordercę.
─ Wszyscy aż nazbyt dobrze to wiemy, Potter – mruknął Snape ze swojego kąta.
Wszyscy odwrócili się w jego stronę; jedni z szyderczym uśmiechem, inni ze znużeniem patrzyli na mężczyznę, który był dla nich w tych ciężkich czasach prawdziwym symbolem zgorzknienia.
─ To jest żałosne – westchnął Fred i wstał.
Zamierzał wyjść, ale Remus zatrzymał go, chwytając za ramię.
─ Mam tego dość – warknął do niego i wyrwał się mężczyźnie.
Kiedy Weasley wyszedł już z pokoju, Lupin opadł na krzesło. Hermiona nachyliła się w jego stronę.
─ Daj spokój, przecież wiesz, Remusie, że mu nie pomożesz. On potrzebuje czasu. Jak my wszyscy.
Wilkołak pokiwał głową, ale nic na to nie powiedział. Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i uścisnęła je przyjacielsko.
─ Mam nadzieję, że Luna szybko wróci – dodała, po czym podniosła się z miejsca, bo wyglądało na to, że nikt nie ma już nic do powiedzenia i kolejna narada Zakonu Feniksa zakończyła się na bezowocnych sporach.
Chwilę później, kiedy szła korytarzem do swojego pokoju, dołączyła do niej drobna, ruda dziewczyna.
─ Myślisz, że nic mu nie będzie – ściszony niemal do szeptu głos zabrzmiał w uszach Hermiony jak alarm.
─ Ginewro, ale mnie wystraszyłaś – wydusiła z siebie, z trudem łapiąc oddech.
─ Wszyscy jesteśmy tutaj, jak przyczajone szczury, prawda, Hermiono?
Ginny Weasley patrzyła na nią swoimi wielkimi oczami. Ostatnimi czasy przyjaciółka co raz bardziej przypominała jej Lunę Lovegood, szaloną dziewczynę o wiecznie nieobecnym, rozmarzonym spojrzeniu.
─ Nie wiem, Ginny, skąd ten pomysł?
Nie miała czasu zastanawiać się nad takimi rzeczami. Było tyle spraw, tyle rzeczy do zrobienia. A chciała jeszcze chwilę odpocząć. Czekała ją przecież nocna warta. Podczas gdy dwójka Weasley’ow, James i Syriusz rozczulali się nad sobą, na barkach Hermiony, Remusa i Snape’a spoczywało zbyt wiele obowiązków. Rozumiała ich ból, współczuła im, ale mimo własnej żałoby nigdy nie mogła pozwolić sobie na zupełne załamanie. Była już u granic ─ sił nie sypiając, niedojadając, pracując na co najmniej dwóch etatach. Nie starczało jej już czasu na ciągłe pocieszanie, głaskanie i dogadzanie Ginny. Ostatnio co raz częściej czuła do niej złość. Tak strasznie starała się tego po sobie nie okazywać, bo naprawdę zależało jej na Ginewrze. Co raz częściej jednak ich rozmowy wypadały mocno niezręcznie.
─ Idź do Freda – poradziła przyjaciółce. – Potrzebuje cię teraz bardziej, niż ja.
Nie chciała powiedzieć, że jej przeszkadza, prawda? Nie powiedziała tego? Takich rzeczy nie mówi się ludziom, którzy tak niedawno…
─ Pójdę – odpowiedziała, a Hermiona dostrzegła na jej twarzy cień smutnego, pełnego zrozumienia uśmiechu.
A więc jednak powiedziała właśnie to.
Kiedy Fred i Hermiona wyszli, James Potter i Severus Snape popatrzyli na siebie z nieukrywana nienawiścią. Pierwszy odezwał się Rogacz:
─ Jeśli wydaje ci się, że jesteś jakimś samozwańczym przywódcą…
─ Dobrze wiesz, Potter, że Zakon nie ma formalnego przywódcy od śmierci Minerwy; każdy zajmuje się swoją działką. Przy okazji ─ Snape uśmiechnął się wstrętnie ─ przypomnij mi proszę, jeśli łaska, jaka jest twoja, poza chodzeniem i użalaniem się nad sobą, bo już zapomniałem. Ach poczekaj, przecież należysz do tych rozpieszczonych nierobów, którzy nie potrafią zadbać ani o siebie ani o swoich bliskich!
─ Odwołaj to Snape ─ warknęła James, sięgają po różdżkę.
─ Nie mam zamiaru ─ Mistrz Eliksirów demonstracyjnie splótł ramiona na piersi. ─ całe dzieciństwo traktowałeś mnie jak śmiecia.
─ Bo parałeś się cholerną Czarną Magią!
─ Czyżbym parał się nią już jako jedenastolatek? ─ zaśmiał się Snape. ─ Życie tak łagodnie cię potraktowało. Miałeś dom, kochających rodziców i fortunę w banku. O nic nigdy nie musiałeś się martwić.
─ Może jeszcze zdasz mi relację ze swojego trudnego dzieciństwa? ─ zakpił.
─ Nie licz na to, Potter. I przestań celować do mnie z tego patyka, bo nic mi nie zrobisz. Zajmij się czymś wreszcie i przestań szukać uwagi wszystkich dookoła tocząc ze mną bezsensowną wojnę. Nie przypisuj mi winy za wszystkie swoje porażki.
Urwał na moment.
─ A z jej śmiercią musimy żyć obydwoje ─ dodał ciszej.
─ Nie ty jedyny kogoś straciłeś, Potter, wszyscy tutaj zostali sami. Przestań obnosić się ze swoją żałobą, a swoje ambicje przywódcze schowaj sobie głęboko w rzyć!
─ Nigdy nie wybaczę ci jej śmierci, Snape ─ wycedził Potter.
Mistrz Eliksirów skrzywił się cierpko.
Ja sobie też – pomyślał, nie odrywając wzroku od rywala. Ten wstał wreszcie i wyszedł wzburzony.
─ Lupin ─ powiedział Snape, nie patrząc nawet w stronę czarodzieja, który całą te kłótnię przesiedział w gotowości, by w razie potrzeby rozdzielić dwóch puszących się towarzyszy. ─ Myślę, że powinniśmy się zastanowić nad wybraniem przywódcy Zakonu, bo Potter czuje przemożna potrzebę kontroli nade mną.
─ Uważam, że to niezbyt trafiony pomysł, Severusie ─ odparł wilkołak.
─ Zważywszy na to, kto zostałby wybrany, rozumiem twój sceptycyzm ─ mruknął Snape.
─ Kogo masz na myśli?
─ Ciebie, Lupin ─ Mistrz Eliksirów wzruszył ramionami. ─ Ja na pewno nie dam sobie zrzucić tego bagna na głowę.
─ Ja również ─ odparł Lupin.
─ No to jest nas dwóch ─ skrzywił się Severus. ─ W takim razie nadal każdy odpowiada przed każdym.
Lupin milczał chwile, po czym rzekł:
─ Porozmawiam z Jamesem.
─ Nie proszę cię o to ─ burknął Snape.
─ Tu nie chodzi tylko o ciebie, Severusie – Remus pokręcił głowa, wyraźnie zmęczony. ─ To ciągnie się już aż nazbyt długo, a ostatnimi laty przybrało na sile i…
─ To się nie zmieni, Lupin. Mamy między sobą przynajmniej jedna sprawę nie do załatwienia.
─ Zapewne. Ale musicie zacząć się dogadywać, bo nie da się przy was wytrzymać, ani nic ustalić. Każda rozmowa w większym czy mniejszym gronie, jeśli wy jesteście przy niej obecni wybucha kłótnia.
─ Jak sobie chcesz Lupin, to gadaj z Potterem. Tylko zmarnujesz czas ─ prychnął.
─ To się tyczy tak samo ciebie, jak i jego ─ odparł Remus, wstając.
─ Coś suponujesz? ─ Snape uniósł brew.
─ Daj mu spokój.
─ Powodzenia Lupin ─ uciął Mistrz Eliksirów.
Remus westchnął czując, że jest bezradny wobec tych dwojga.
─ Dorośnijcie obaj ─ powiedział i wyszedł, nie czekając na kolejną ripostę Severusa Snape’a.
Od śmierci Dumbledore'a na wieży Hogwartu minęło już prawie dziesięć lat. Dziesięć długich lat, tyle stawiali opór szerzącemu się rakowi Voldemorta. Obrali sobie ten dzień za początek wojny, początek końca świata, który znali i kochali. Dzień, w którym odszedł największy z nich. Początek sądu, Ragnarok.
Przez ten czas Śmierciożercy odbierali rodzinom ojców i matki, dzieci i dziadków. Ginęli i najodważniejsi i ci, którzy szukali ratunku kryjąc się przed niebezpieczeństwem. Silni i potężni plamili krwią ziemię Anglii na równi z charłakami. Czarodzieje czystej krwi i szlamy. Piękni i brzydcy. Dzieci i starcy. Nie było wyjątków. Przebrana za kostuchę poczwara, w którą zmienił się Tom Marvolo Riddle nie przebierała w ofiarach. I tak odeszli również niemal wszyscy członkowie Zakonu. Zostało ich dziewięcioro. Pogrążonych w żałobie, desperacji, strachu. Nie było już szans na zwycięstwo w tej pokręconej grze, więc po co dalej walczyć? To nie było właściwe pytanie, Hermiona już dawno zdała sobie z tego sprawę. Kwestią nie był powód do dalszej walki tylko to jak ją przerwać. Jak się poddać? Pewnego pięknego dnia wyjść i dać się pojmać? A może rzucić się zbiorowo z klifu prosto do morza, jak lemingi... Ucieczka nie miała większego sensu. Gdyby można było przenieść się do innego kraju, wielu zrobiłoby to już dawno by ratować życie swoich bliskich. Jednak Voldemort działał wszędzie. Rozplenił się jak jakiś cholerny chwast i nie chciał odpuścić żadnemu kawałkowi ogrodu.
Gdy znalazła się wreszcie w swoim pokoju, oparła się o drzwi i zamknęła oczy. Wzięła kilka głębokich wdechów, czując, że cały świat wiruje jej przed oczami. Była zmęczona, ponad wszystko zmęczona i miała dość tego życia w klatce. Każdy stawał się innym człowiekiem, gdy każda minuta spędzona poza numerem 12 groziła straceniem domu już na zawsze z oczu. Na dole, w przerobionej na laboratorium piwnicy, czekał na nią Snape. Nowe mandragory domagały się spreparowania, a dzień powoli zmierzał ku końcowi. Hermiona postanowiła jednak, że należy jej się chwila drzemki. Usiadła na łóżku i położyła się powoli uważając, by nie urazić poparzonego prawego ramienia. Snape mówił, że ból powinien zniknąć w ciągu trzech dni…
***
Biegła. Las był gęsty, szary, szumiący suchymi liśćmi. Wokół stopniowo ciemniało, jakby słońce zachodziło, nie barwiąc wcale nieba. Wszystko było pozbawione kolorów, wyblakłe i bure. Słyszała swój szybki oddech, czuła chlaszczące ją po twarzy i ramionach gałęzie. Za nią, co raz głośniejszy, rozlegał się tupot stóp pogoni. Przed sobą zobaczyła most. I dalej nic…
Ze snu wyrwało ją czyjeś natarczywe pukanie. Ktoś walił pięścią w zamknięte drzwi od jej pokoju i raz po raz wykrzykiwał imię pomiędzy przekleństwami.
─ Do jasnej cholery, dziewczyno, otwórz wreszcie!
Rozpoznała głos Freda, więc wstała i zdjęła zaklęcie z zamka, który w odpowiedzi kliknął cicho i zazgrzytał.
─ Na Merlina, Fred, co ty wyprawiasz? Mam prawo do odrobiny odpoczynku i prywatności!
─ Nic nie rozumiesz! – krzyczał tamten, wymachując nad jej głową rękami.
─ Czego takiego nie rozumiem, Weasley? ─ podniosła głos mocno już zirytowana całą zaistniałą sytuacją.
─ Ginny wyszła z domu. Nie ma bladego pojęcia o następnym miejscu aportacji – wypalił jej w twarz. – Wysłałaś ją do mnie, chociaż wiedziałaś, że skończy się to kłótnią. Wiec teraz zrób coś!
Hermiona miała ochotę wykrzyczeć mu, że nie ona ponosi winę za wybryki jego siostry, ale ugryzła się w język. Dyskusja z Weasley’ami nie miała teraz żadnego sensu. Byli pogrążeni w żałobie, chociaż to, jak ją przeżywali, zaczynało już działać wszystkim na nerwy. Każdy kogoś stracił. Każdy był sam.
Zamiast pomstować na bezmyślność rudzielca, Hermiona udała się prosto do pokoju Remusa Lupina. Zastała go siedzącego za biurkiem i piszącego coś starym, postrzępionym piórem na świstku pergaminu.
─ Remusie – powiedziała – wybacz, że przeszkadzam, ale Ginny wyszła właśnie na zewnątrz. Trzeba ją znaleźć.
─ Jestem żywą Kulą-Znajdulą, prawda Hermiono? – na usta wilkołaka wykwitł pełen znużenia uśmiech. Nie tylko ona przepracowywała się tu ponad miarę swoich sił.
─ Wybacz, Remusie, nie miałam nic złego na myśli. Po prostu… – po policzku pociekła jej łza, którą szybko otarła rękawem szaty. – Jest co raz gorzej – przyznała
─ Wiem, Hermiono, wiem – wyszeptał Lupin pełnym współczucia tonem; wstał i objął swoją dawną uczennicę ramieniem – nie chciałem być szorstki. Tak jak mówisz, zmęczenie. Chodźmy razem, dobrze? – zaproponował. – Przyda ci się nieco świeżego powietrza przed zaduchem pracowni Severusa.
Kobieta pokiwała głową i ruszyła za czarodziejem do wyjścia.
─ Mam tego dość – przyznała, powtarzając, jak echo słowa Freda.
Lupin popatrzył na nią spode łba. Szedł ze spuszczoną głową, z rękoma schowanymi w kieszeniach wytartych, musztardowych sztruksów.
─ Co dokładnie masz na myśli, Hermiono?
─ Żałoby. Tego, co robi z ludźmi. Gdyby Fred był mniej skupiony na sobie, Ginny z pewnością nie uciekłaby dzisiaj z Grimmauld Place.
Mówiąc to, odwracała jednak wzrok, co nie uszło uwadze wilkołaka. Nie pytał o nic więcej. Wiedział, że sama opowie, co dokładnie ją gryzie, w wybranym przez siebie momencie. Miał jednak wrażenie, że czuła się winna za zniknięcie Weasley’ówny.
A co właściwie myślała o tym wszystkim Hermiona? Podczas ostatnich tygodni, gdy jej i Ginewrze zlecono pracę nad dokończeniem nowego systemu obronnego domu, starsza z dziewczyn przekonała się, że w obecnej sytuacji nie może mieć z przyjaciółki żadnego pożytku. Ginny migała się od pracy, przez większość czasu była rozkojarzona i nieobecna. Granger zaczęła nawet podejrzewać, że ruda może działać pod wpływem Imperiusa. Nie podzieliła się z nikim tymi myślami i sama, na tyle dyskretnie, na ile to było możliwe, rzuciła na Gryfonkę kilka zaklęć sprawdzających. Obawy na szczęście okazały się bezpodstawne. Było to o tyle istotne, że dziewczyna uczestniczyła, przynajmniej ciałem, jeżeli nie duchem, we wszystkich ostatnich naradach Zakonu.
Ulice, którymi szli, były ciemne i obce. Dopiero, jednak, gdy z pluskiem weszła w kałużę, Hermiona zauważyła, że dom zmienił miejsce i otacza ich teraz osnuta dymem z tysięcy kominów aura dużego miasta.
Nigdy tu nie byłam – przyznała, spoglądając na Lupina kątem oka. – Co to za miejsce?
─ Z tego, co mi wiadomo, jesteśmy w Liverpoolu – odpowiedział wilkołak po chwili namysłu. ─ Byłem tu kiedyś... za szczenięcych lat – zachichotał z własnego żartu. Starał się ja rozbawić. To było miłe i tak właściwe Remusowi, że mimowolnie uśmiechnęła się do mężczyzny. Szybko jednak wróciła do rzeczywistości.
─ Czy to bezpieczne miejsce? – twarz dziewczyny wyrażała teraz niepokój.
─ Stosunkowo tak.
Kobieta pokiwała głową w milczeniu. Czy w istniało w ogóle jakiekolwiek miejsce na Wyspach, którego Voldemort nie byłby w stanie ogarnąć swoją potęgą? W tym momencie przypomniała sobie o numerze 12 i obejrzała się za siebie. Domu nie było już jednak widać, znikł gdzieś w gęstniejącej szybko mgle. Dziewczyna poczuła jednak w sercu pewną ulgę, która jak ciepło ogniska, rozlała się po jej ciele kojącą falą. Dopóki żyli oni, a Zakon Feniksa nadal istniał i walczył, dopóty Czarny Pan nie miał dostępu przynajmniej do tej jednej kamienicy. Hermiona wyprostowała się nieco i dostrzegła lekki uśmiech błąkający się na wargach wilkołaka.
Znowu milczała, zbyt gruboskórna, by roztkliwiać się nad chwilowym zaćmieniem rozsądku. Prawda była przecież taka, że wszystko szło źle, sytuacja przedstawiała się w opłakany sposób. Nie było mowy o żadnej nadziei. Niby na co? Na godną, chwalebną śmierć? Dobre sobie.
─ Jesteśmy niedaleko – poinformował ją nagle mężczyzna; z kieszeni starego płaszcza wyciągnął przyrząd podobny do szklanej kuli. – Robi się ciepła. To znaczy, że Ginny jest tuż przed nami.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, wyraźnie zdziwiona.
─ Co to takiego? – zapytała.
─ Znasz pewnie mugolską zabawę w Ciepło – Zimno?
─ Zdaje się…, że tak.
─ To właśnie stąd Harry’emu przyszedł do głowy pomysł na to urządzenie.
─ Sam je wykonał? – dziewczyna spoglądała na przedmiot z niedowierzaniem.
─ Z pomocą Ollivandera i Flidwicka. Zostawił go mnie, abym łatwiej pełnił rolę Szukającego, jak błyskotliwie nazwał moją rolę w Zakonie.
Hermiona uśmiechnęła się krzywo. Rzeczywiście, Harry nie przestał jej zaskakiwać nawet po własnej śmierci. Jak mogła zapomnieć, że był potomkiem jednego z Trzech Braci? Tego najroztropniejszego. Urodził się w dolinie Gordyka Gryffindora. A jednak to właśnie on zginął. Właśnie on dał się podejść Czarnemu Panu.
Między nią, a Lunatykiem zapadła długa cisza, którą zakłócały jedynie postukiwania kroków dwojga czarodziejów. Wokół było pusto i cicho, jakby cały Liverpool opustoszał. Zatrzaśnięte okiennice, zasunięte zasłony i rolety, niektóre okna wręcz zabito deskami. Dziewczynie zdawało się, że miasto stało się takie w ciągu ostatnich kilku minut. Nagle dotarła do niej straszna prawda, zatrzymała się, wyciągnęła rękę, by złapać Remusa za łokieć, jednak materiał jego płaszcza prześliznął jej się między palcami.
Wtedy to się stało. Niedaleko nich rozległy się trzaski kolejnych aportowań. Czarne sylwetki zamajaczyły przed oczami dziewczyny. Chciała krzyknąć, ale z jej ust wyrwał się tylko przytłumiony, ochrypły pisk. Stała, jak wryta, przyglądała się kilkunastu Śmierciożercom; wśród ich niezamaskowanych twarzy znajoma wydała jej się może jedna. Szybko rozejrzeli się wokół i dwoje z nich ruszyło na dziewczynę i Lupina. Poczuła mocny uścisk na swoim ramieniu i usłyszała przynaglający szept Remusa, tuż przy uchu:
─ Szybko! Biegniemy!
Nie ruszyła się jednak, stała, jak urzeczona, bo oto trzeci Śmierciożerca z pobliskiej kamienicy wyciągnął łkającą i krzyczącą wniebogłosy rudą dziewczynę.
─ Ginny! – wrzasnęła Hermiona, ale nie zdążyła nic zrobić, bo nagle poczuła silne szarpnięcie w okolicy pępka i świat rozmył się w szarej mgle, gdy wilkołak deportował ich Bóg wie gdzie.
Wylądowawszy, dziewczyna straciła równowagę i Lupin złapał ją za ramię, w ostatniej chwili ratując przed upadkiem. Byli w lesie, otaczały ich sosny i świerki, z oddali wiał słony wiatr. Pod nogami miała miękki mech. Hermiona spojrzała krótko na towarzysza, po czym rzuciła się na mężczyznę z pięściami.
─ Zabiłeś ją! Zabiłeś ją! – powtarzała, nieustannie zadając nowe ciosy mężczyźnie, który bezskutecznie próbował unieruchomić jej nadgarstki. Wyła niczym zwierzę i wymachiwała ramionami tak wściekle, że dobrą chwilę zajęło mu opanowanie jej ataku szału.
─ Uspokój się – powiedział, gdy wreszcie udało mu się unieszkodliwić młodą kobietę. Trzymał ją mocno przyciśniętą do siebie, powtarzając sobie w duchu, że postąpił właściwie, ratując ich dwoje, gdyż uratowanie młodej Weasley’ówny graniczyło z cudem. Przepraszam, Molly – powtarzał jak mantrę w myślach, mając nadzieję, że kobieta słyszy go w zaświatach. Gdyby nie było z nim Hermiony, próbowałby ratować to głupie zrozpaczone dziecko. Ale nie mógł pozwolić na to, by Zakon stracił je obie. Zwłaszcza Hermionę. Była zbyt cenna.
─ Uspokój się, Hermiono – wyszeptał w jej włosy. – Nic już na to nie poradzisz. Teraz możemy tylko czekać.
Dziewczyna podniosła głowę z jego torsu i wilkołak zobaczył, że po jej policzkach ściekają łzy.
─ Czekać na co? ─ krzyknęła. − Dobrze wiesz, że nie możemy spełnić ich żądań. Nie możemy ich puścić. A… a jeśli chodzi o NIEGO… – zamilkła na chwilę. – Nawet nie wiemy, czy żyje – dodała niemal szeptem, po czym znów zaczęła szlochać.
Lupin pokiwał głową. Co mógłby w tej sytuacji powiedzieć?
─ Hermiono – zaczął niepewnie, - cokolwiek zaszło dzisiaj między tobą, a Ginewrą, to ta sytuacja nie jest twoją winą. Jeszcze, kiedy to mówił wiedział, że popełnia błąd.
─ Skąd wiesz, że coś zaszło, Lupin? – krzyknęła i odsunęła się od niego. Wyszedł na wścibskiego starego moralizatora.
Wilkołak podszedł do niej i dotknął jej policzków szorstkimi dłońmi, starł kciukami łzy.
─ Stąd – odparł.
To ją rozbroiło. Już dawno nikt nie zachował się wobec niej czule lub opiekuńczo. Ciągle to ona zbierała z podłogi wszystkie załamane dusze. Zwykle Weasley'ów. Oni stracili najwięcej. Zawsze to ona trzymała się prosto. Mimo własnego bólu parła naprzód, bo nic innego już nie pozostało.
Mimo to, odepchnęła jego ręce, chociaż raniła w ten sposób także siebie samą. Nie chciała teraz słuchać Lupina i jego pełnych mądrości, pouczających wywodów. Czuła się wtedy, jak na trzecim roku w Hogwarcie, kiedy był jej nauczycielem.
Remus stał i patrzył, jak chodzi niespokojnie, tam i sam. Zbiera myśli i uczucia w całość. Wreszcie podniosła wzrok i spojrzała na mężczyznę. Podeszła do niego i wtuliła się mocno w jego pierś, oplatając ramionami szyję wilkołaka.
─ Wiem, że to nie twoja wina – wyszeptała. – Przepraszam. Ale tak bardzo się boję. Tak bardzo się boję…
Remus dokładnie wiedział, co ma na myśli młoda kobieta, każdego dnia czuł ten sam trudny do nazwania strach, lęk przed końcem i przed kolejną stratą. Objął ją mocno i chłonął bliskość drugiego człowieka, o którą tak trudno było w tym popieprzonym post-apokaliptycznym świecie.
─ Wracajmy do domu – zaproponował wreszcie. – Musimy ustalić, co należy teraz zrobić.
Zanim zdążyła się odezwać, Hermiona znów poczuła znajome szarpniecie i po chwili znalazła się przed numerem dwunastym. A przynajmniej tam, gdzie ów powinien się był znajdować. Jednak budynek zniknął. Stali oniemiali, ne wiedząc, co właściwie powiedzieć. Dziewczyna spojrzała na wilkołaka w poszukiwaniu odpowiedzi, ale w jego oczach znalazła tylko nieme przerażenie.
─ Więc mówisz, że dom przeniósł się automatycznie? – oczy Mistrza Eliksirów prześwidrowały na wylot młodego maga. – Mam temu wierzyć, ponieważ TY tak twierdzisz, Weasley? – Znów zamilkł na chwilę, by napawać się efektem,m jaki wzbudziły we Fredzie jego słowa. Ostatnio bardziej niż zwykle brakowało mu nauczania. W klasie pełnej matołów wspaniale pozbywało się uciążliwych emocji. – Wytłumacz mi jedno, dobrze? Skąd możesz mieć pewność, że system obronny reaguje właśnie w ten, a nie inny sposób, skoro do swojego powrotu nawet nie miałeś pojęcia o jego istnieniu?!
Fred Weasley wiercił się w miejscu, słuchając tyrady dawnego profesora.
─ B-bo Ginny opowiedziała mi trochę i Lupin…
─ Pech chce, że nie ma tu ani wilkołaka, ani twojej siostry, Weasley, więc może oświecisz mnie, kto z obecnych jest w stanie potwierdzić twoje słowa? Czy w swojej zakutej, rudej głowie podejrzewasz w ogóle, jakich problemów narobiłeś Zakonowi? Z dziewięciorga w Kwaterze Głównej jest nas tylko pięcioro, w tym troje zaginionych.
─ Ale dlaczego podejrzewasz, że to JA coś zrobiłem, Snape! – krzyknął doprowadzony wreszcie do ostateczności chłopak.
─ Bo ZAWSZE, powtarzam ZAWSZE, kiedy dzieje się coś niespodziewanego, kiedy ktoś coś knoci, to jesteście wy: ty i twój brat!
Mistrz Eliksirów dopiero poniewczasie dostrzegł znaczenie swoich słów. Twarz Freda przybrała barwę dojrzałego pomidora, oczy zaszły mu łzami, jednak Snape nie miał zamiaru przyznać się do błędu, czy okazać choćby najmniejszej skruchy czy empatii. Uśmiechnął się za to szyderczo.
─ Może ty, Potter – przemówił zwracając się tym razem do czarnowłosego mężczyzny, który stał u boku chłopaka, – raczysz potwierdzić jego tłumaczenie? Chociaż nie ma sensu, żebyś się trudził. Słowo żadnego Pottera nie jest warte złamanego knuta!
Potter chrząknął znacząco, na co młodszy z mężczyzn wycofał się z salonu.
─ Gdybyś zapomniał, Snape – mruknął czarnowłosy, - nikt nie dał ci prawa do osądzania nas wszystkich według własnego sumienia. Jesteśmy tu wszyscy na równych prawach i dotyczą nas te same zasady.
Mistrz Eliksirów skrzywił się.
─ Wiesz, tak samo dobrze, jak i ja, że Weasley coś ukrywa i że dom Blacka nie przeniósł się sam z siebie Merlin wie gdzie.
─ Smarkerusie, czy ty musisz zawsze tak dramatyzować?
─ A ty, Potter, czyżbyś zatrzymał się w rozwoju na siódmym roku Hogwartu? Jakbyś nie wiedział, że wojna zmienia ludzi. Czyżbyś nie pamiętał?
Paskudny uśmiech, który wystąpił na twarz byłego nauczyciela nie mógł już bardziej zranić mężczyzny w okularach. Przez twarz Pottera przebiegł cień, mięśnie szczeki drgały mu niebezpiecznie, ale mina Severusa Snape’a zdawała się mówić: podejdź i uderz, ciekawe, czy tym razem trafisz.
─ Zginęła za nas wszystkich – warknął Potter. – Nie przypisuj sobie tego, co nie należy do ciebie! Ty zawsze…
***
Hermiona otworzyła oczy i spostrzegła, że ktoś trzyma ją za ramiona potrząsając nią lekko.
─ Na Merlina, to wyglądało, jakbyś była całkiem sztywna! – siedzący obok niej na łóżku Fred kręcił głową, a w jego oczach tlił się jeszcze cień strachu.
─ Co się stało? – zapytała marszcząc brwi
─ Byłaś nieprzytomna, Hermiono – wyjaśnił spokojnie Lupin, chociaż twarz miał zmartwioną i pobladłą. – Nie obudziło cię ani pukanie do drzwi, ani próby otwarcia, ani wywarzenie ich zaklęciem. Staliśmy obydwaj i krzyczeliśmy do ciebie.
─ Wreszcie Remus potrząsnął tobą kilka razy i wróciłaś do świata żywych – dokończył Fred.
Hermiona pokręciła głową z niedowierzaniem.
─ Odkąd zaatakowano dom moich rodziców, mam bardzo płytki sen. Budzi mnie nawet szelest drzew za oknem.
Wszyscy zamilkli na chwilę, a dziewczyna wlepiła wzrok w kolana. Nagle podniosła głowę i skierowała oczy na Remusa.
─ Gdzie jest Ginny? Szukacie jej?
Fred i Lupin popatrzyli po sobie, po czym wilkołak położył jej dłoń na ramieniu w uspokajającym geście.
─ To był tylko sen, Hermiono – zapewnił ją. – Nic złego nie stało się Ginewrze, ani nikomu innemu.
Brązowowłosa kobieta z westchnieniem schowała twarz w dłoniach.
─ Śniły mi się naprawdę jakieś bzdury. Severus krzyczał na ciebie, Fred. I na Jamesa. Ty, Remusie razem ze mną szukałeś Ginny i…
Zarumieniła się.
─ To był bardzo dziwny sen. Taki żywy, pełen wrażeń… Czułam i myślałam zupełnie, jak ja.
─ Chodź – Lupin wstał i podał jej dłoń, żeby pomóc podnieść się z pościeli. – Severus, może naprawdę zacząć krzyczeć, jeśli nie zjawisz się zaraz w waszej pracowni.
─ W JEGO pracowni – mruknęła.
Lupin zaśmiał się cicho, ale zamilkł pod piorunującym spojrzeniem kobiety.
─ Skąd ta gorycz?
─ Panoszy się tu, jak w swoich lochach – burknęła przeginając szyję to na jedną, to na drugą stronę, żeby przestało jej strzykać w ścierpniętym karku.
─ Może mu ich brakuje, Hermiono? – zapytał Remus puszczając do niej oko.
Może – pomyślała wychodząc za przyjaciółmi z pokoju.
─ Będziecie musieli to naprawić – powiedziała głośno z palcem skierowanym na zepsuty mechanizm w drzwiach.
─ Dobrze, Hermiono – zaśmiał się Lupin. – Ale idź już, proszę, bo nie chcę mieć twojego życia na sumieniu, kiedy Snape wpadnie tu sypiąc iskry z oczu.
Dziewczyna zdążyła odwrócić się na pięcie i zrobić kilka kroków korytarzem w kierunku schodów prowadzących na parter, gdy stamtąd właśnie dobiegł ich uszu krzyk Pottera:
─ Czy wie ktoś może, po co wyszła Weasley?
Hermiona zatrzymała się jak wryta.
─ Remusie – wyszeptała z szeroko otwartymi oczami - mów, co chcesz, ale to zaczyna być dziwne. W moim śnie Ginny…
─ Wiem, Hermiono – mruknął Lupin, wyminął dziewczynę i zaczął szybko schodzić po schodach. Długimi krokami przemierzył hall i już sięgał po klamkę, gdy drzwi same się otworzyły i do środka wpadła Ginewra Weasley.
─ Las, rzeka, małe jezioro, w oddali kilka wiosek – powiedziała jakby na usprawiedliwienie swojego zachowania.
─ Co mamroczesz, Weasley? – wysyczał Snape pojawiając się ni stad ni zowąd na parterze domu. Następnie zadarł głowę i spiorunował wzrokiem brązowowłosą wychowankę Gryffindoru. – A ty, co tak sterczysz, Granger i wybałuszasz gały? Nie znam żadnej dobrej wymówki, z wtargnięciem Czarnego Pana włącznie, która mogłaby usprawiedliwić twoją absencję w pracy!
─ Severusie… - zaczął łagodnie Remus, ale ten mu przerwał.
─ Czemu tam jeszcze stoisz, głupia dziewczyno, ruszaj się na dół!
Hermiona zbiegła schodami, budząc echa starego domu, odprowadzana wzrokiem zebranych w hallu ludzi. Kątem oka dostrzegła krzepiący uśmiech Remusa, ale w myślach chciało się jej z tego wszystkiego śmiać. Każdy wierzył w bajkę, którą sprzedawali im obydwoje ze Snape’m, opowieść o wilku i owcy. Skręciła za Mistrzem Eliksirów w wąskie przejście i zeszła po schodach do piwnicy, gdzie urządzili sobie niewielki magazyn i laboratorium. Kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi, mężczyzna złapał ją za podbródek i pocałował zachłannie. Dziewczyna przymknęła oczy czując, jak do jej ust powoli wślizguje się język Severusa, jego dłonie chwytają ją za biodra i przyciągają bliżej, by poczuła podniecenie cisnące się pod szatą czarodzieja.
Nigdy nie wiedziała, czemu wybrał właśnie ją. Nie miała pojęcia, dlaczego zniewoliła ją moc jego dotyku i głosu. Nawet teraz, po kilku miesiącach ich romansu, nie potrafiła zrozumieć, w jaki sposób może sypiać ze swoim Mistrzem Eliksirów i co spowodowało, że człowiek starszy od niej o całe pokolenie, wkłada ręce pod jej bluzkę, jak zwyczajny uczniak.
Tak. Uwielbiała, gdy dotykał jej piersi, jeszcze nie zdejmując z niej ubrania. Najpierw cudownie powolnym ruchem sunął dłonią w górę żeber, a kiedy już odnalazł ten miękki kawałek ciała kobiety, zaciskał na nim palce, niemal do bólu. Potem odnajdywał brzeg bluzki i wsuwał pod nią swoją zaskakująco ciepłą dłoń i delikatnie gładził skórę, cal po calu, by wreszcie wsunąć się pod stanik i odnaleźć nabrzmiały pożądaniem sutek Hermiony.
Probówki i słoje ustawione na półkach zagrzechotały ostrzegawczo, gdy zdejmując z dziewczyny ubranie, Snape potrącił jeden z regałów. Nigdy nie było miedzy nim, a nią cienia tkliwości, iskry czułości. Istniał jakiś niezrozumiały dla obojga magnetyzm, który pchał ich ku sobie bez względu na cenę. Hermiona była jego naprawdę. Jemu pierwszemu się oddała i czuł się jej panem. Miał też niejasne poczucie, że dziewczyna doskonale o tym wie. Zacisnął palce na podkurczonych do piersi kolanach czarownicy i popatrzył na nią, wspaniałą, leżącą przed nim na starym stole; ramiona spoczywały po bokach jej głowy, zamglonymi oczami wpatrywała się w niego z oczekiwaniem. Dłoń Snape’a zsunęła się po jej udzie i mężczyzna wszedł w nią powoli, z satysfakcją obserwując twarz Hermiony, która wyrażała wszystko, czego pragnął. Przymknął powieki i spod czarnych rzęs patrzył na nią, jak przyjmuje każdy jego dotyk i każde pchnięcie bioder w rosnącej rozkoszy.
James Potter i Remus Lupin siedzieli w salonie pogrążeni w cichej rozmowie, kiedy do pokoju wszedł Snape.
─ Jak leci Smarkerusie? – mężczyzna w okularach natychmiast zwrócił ku niemu twarz z szyderczym uśmiechem na ustach.
Snape odpowiedział mu tym samym. Nie miał ochoty na cholerne gierki Pottera, bo sprawa, która go tu sprowadziła była, jak najbardziej poważna. Dlatego od razu przeszedł do rzeczy kierując swoje słowa do siedzącego nieco dalej wilkołaka.
─ Potrzebujemy kolejnego szpiega, Lupin – powiedział bezbarwnym głosem, zupełnie jakby szukał jakiejś błahostki, nie zaś kolejnego naiwnego, chętnego postawić swoje życie na szali.
─ Dwaj działający, to za mało? – Remus zmarszczył brwi.
─ Okazuje się, że tak – mruknął Snape, krzywiąc się paskudnie.
─ Jeśli chcesz, ja mogę ruszać choćby zaraz, Smarku – James, mimo szczeniackiej wypowiedzi, popatrzył na Mistrza Eliksirów z całkowitą powagą.
─ Dziękuję ci Potter, ale chwilowo Czarny Pan nie przeprowadza castingu na nadwornych błaznów – odparł chłodno Severus.
─ Ty zajmujesz się naszymi kretami, więc powiedz, kogo szukasz – powiedział Lupin. – Chociaż osobiście uważam, że powinniśmy zwołać naradę. Nie możemy podejmować takich decyzji za nikogo.
─ Czy ktoś tu mówi o podejmowaniu decyzji, Lupin? – Snape był wyraźnie zniecierpliwiony. – Nie mam zwyczajnie ochoty użerać się z bandą dzieciaków na kolejnych posiedzeniach rady Zakonu. Przedstawię ci, co wiem, a ty znajdź mi odpowiedniego kandydata, czy może raczej kandydatkę, jakimikolwiek dostępnymi ci metodami.
─ Czekaj, czekaj – James Potter poczochrał swoją zmierzwioną czuprynę. – Chcesz jakąś dziewczynę, Snape?
─ Zdaje się, że jesteś na tropie, co Potter – syknął Mistrz Eliksirów.
─ Uspokójcie się, wy dwaj – wtrącił się Remus. Jego twarz wyrażała zmęczenie i irytację. – Powiedz, o co ci chodzi Severusie.
Snape usiadł wygodnie w jednym z foteli i założył nogę na nogę podciągnąwszy uprzednio nogawkę czarnych spodni.
─ Czarny Pan szuka swojej zaginionej ulubienicy, która przypadkiem zamieszkuje chwilowo czeluść skrzyni Moodiego. Potrzebuję kobiety, która wcieli się w nią. Czy tyle ci wystarczy, Lupin? Czy mam ci to może jakoś rozrysować? ─ jadowity uśmiech wypełzł na wąskie wargi profesora.
─ Przydałoby się – odparł spokojnie wilkołak. ─ Mógłbyś przynajmniej nas poinformować, skąd się tam wzięła i po co ją tam wepchnąłeś. Zważywszy na to, że oczekujesz od kogoś, że zaryzykuje swoje życie, miło by było przynajmniej powiedzieć tej osobie, co możemy przez to zyskać.
Snape uśmiechał się krzywo.
─ Ty naprawdę jeszcze w to wierzysz Lupin? ─ zapytał.
─ Przecież tu jestem…
─ To było pytanie retoryczne – odpowiedział cicho Mistrz Eliksirów.
─ Nie do końca cię rozumiem, Severusie – powiedział spokojnie Remus. - Ryzykujesz śmiercią, żeby pojmać poszukiwaną numer dwa, najgroźniejszą wiedźmę na Wyspach Brytyjskich, a teraz robisz sarkastyczne uwagi o moim zaangażowaniu. Co w takim razie kieruje tobą, jeśli nie wiara, choćby szczątkowa, że ktoś z nas zdoła przetrwać to piekło.
Snape westchnął wyraźnie zniecierpliwiony.
─ Dobrze, chcecie, żebym potraktował was jak naiwne głąby potrzebujące sprowadzenia na ziemię, to proszę: mamy dziesiąty rok tej cholernej wojny domowej. Oficjalnie zakończyła się ona sześć lat temu, wtedy zmieniliśmy Grimmauld Place w samo-przenoszącą się fortecę. Ogłoszono koniec amnestii, Ministerstwo zapowiedziało bezlitosne egzekucje na członkach Zakonu i wszystkich tych, którzy go wspierali lub wspierają. Pamiętasz, Lupin? Czy lykantropia całkiem przeżarła ci mózg? Ginęły wtedy całe rodziny, mordowane na publicznych egzekucjach. A my nadal nie mieliśmy obiecanego przełomu. Nadal go nie mamy... Wtedy jeszcze Czarny Pan mi ufał – przełknął głośno ślinę. Poczuł, że zaschło mu w ustach.
─ Wywlekaliśmy ich z domów, Lupin – podjął po chwili nachylając się w stronę dwójki mężczyzn. ─ Za włosy, za ręce. Mężczyzn, kobiety i dzieci. W każdym wieku. Opowiedzieć ci, jak to się odbywało? Zadawaliśmy jedno pytanie. „Gdzie chowają się członkowie Zakonu Feniksa?” Potem ich mordowaliśmy. Albo torturowaliśmy. Zależnie od tego, jaki, kto miał pomysł. Mówić dalej?
─ Co nam to da? ─ zapytał Potter.
─ Moje gadanie?
─ Nie bądź głupi Snape.
─ Jeśli komuś tu brakuje rozumu, to nie mnie. Rogaczu. Jakież to się okazało adekwatne przezwisko. Nieprawdaż? ─ zakpił.
─ Uważaj, Smarkerusie – James zacisnął dłonie w pięści, a Lupin złapał go za ramię w ostrzegawczym geście. ─ Uważaj, bo kiedyś zapomnę po czyjej jesteś stronie. I o wszystkim, co dla nas zrobiłeś, a wtedy…
─ Jak sobie chcesz, Potter – roześmiał się Snape. ─ Jak to ująłeś, po tym wszystkim, co zrobiłem, twoje groźby mnie nie przerażają.
Zapadła ciężka cisza.
─ Co zmieni wysłanie kogoś na miejsce Belli? - Lupin doprecyzował pytanie przyjaciela.
─ Wszystko, albo nic. W najlepszym wypadku możemy poznać sposób na pozbycie się Czarnego Pana, w co szczerze wątpię. W najgorszym – dziewczyna zginie w męczarniach, uprzednio wydając nas wszystkich. Najpewniej zyskamy dzięki temu trochę czasu. Może uda się uwolnić, któregoś z pojmanych. Jeśli jeszcze żyją...
─ Rozumiem, że prosisz mnie o załatwienie tej sprawy za ciebie? – Lupin wyraźnie silił się na cierpliwość i spokojny ton głosu.
─ Jesteś o wiele lepszy niż ja we wzbudzaniu w ludziach przychylnych uczuć do tego, co im proponujesz – skwitował sprawę Snape.
─ Jutro zwołam naradę – zapewnił wilkołak. Oparł czoło na otwartych dłoniach by pomasować skronie. Był zdenerwowany, nieludzko zmęczony i naprawdę nie miał już ochoty użerać się z Severusem Snape'm.
─ To nie będzie potrzebne – od strony korytarza dobiegł ich nagle cichy, kobiecy głos.
Wszyscy trzej spojrzeli w tę stronę.
─ Co chcesz przez to powiedzieć, Hermiono? – zapytał Remus, chociaż znał już odpowiedź. Snape świdrował ją wzrokiem. Dziewczyna już otwierała usta, by powtórzyć swoją propozycję, jednak ktoś życzliwie ją uprzedził.
─ Panna Granger, zdaje się, chce zostać bohaterką – zakpił Mistrz Eliksirów.
─ Nie, Snape – odparła znużonym głosem. – Mam zamiar udowodnić ci, że jednak się do czegoś nadaję.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
─ Jak chcesz, Granger. Mi i tak niczego nie udowodnisz, ruszając wreszcie leniwy tyłek do konkretnej roboty.
Zmarszczyła brwi. Czy on naprawdę musiał być aż tak nieprzyjemny? Aż tak prostacki?
─ Snape, uważaj na słowa – ostrzegł go Remus widząc, że Granger zaczynają puszczać nerwy. – Wszyscy tu jesteśmy po tej samej stronie.
─ Po przegranej? – zimny wzrok Mistrza Eliksirów mógłby upłynnić cały azot w powietrzu. – To masz na myśli, Lupin? Po stronie trupów?
Wstał i ruszył w stronę wyjścia z salonu. James i Remus popatrzyli po sobie oniemiali. Nie mieli pojęcia, co tak zdenerwowało Starego Nietoperza. Snape był cyniczny, opryskliwy i wiecznie ponury, ale przecież nikt nie próbował się z nim tym razem sprzeczać. Dostał to, czego szukał. Idealną kandydatkę.
─ Wy cholerni idioci – prychnął na odchodnym, a Hemiona mogłaby przysiąc, że prawa dłoń drgnęła mu, jakby chciał kogoś uderzyć. – Chodź Granger – warknął na dziewczynę. – Skoro chcesz wpakować się w to gówno, muszę ci pokazać cały zakres jego smrodu. Potem odwrócił się i szybkim krokiem zszedł po schodach, nie oglądając się za siebie. Dziewczyna stała jeszcze kilka chwil, wymieniła milczące spojrzenia z dwojgiem mężczyzn, po czym ruszyła za swoim mentorem.
Kiedy Mistrz i jego współpracownica wyszli, James zaklął cicho.
─ Jak myślisz, Remusie, co go ugryzło? - pocierał krótką szczecinę na niedogolonym podbródku.
─ Sądzę, że Hermiona i Snape robią z nas głupców – powiedział po krótkim namyśle Lunatyk. Uśmiechnął się nieznacznie do swoich myśli, po czym odetchnął głęboko z ulgą, że mają tę trudną rozmowę za sobą.
─ To znaczy?
─ Wydaje mi się, że coś przed nami ukrywają – dodał zagadkowo Lupin.
─ Myślisz, że… − James uśmiechnął się drwiąco.
─ Myślę, że naszego Mistrza Szpiegów i Pannę-Wiem-To-Wszystko łączy coś znacznie silniejszego niż wspólna praca.
Drzwi laboratorium zamknęły się za nimi z trzaskiem.
Hermiona obdarzyła Mistrza Eliksirów drwiącym uśmiechem. Ten bez słowa wbił wzrok w ścianę za nią.
─ Spokojnie, bo jeszcze zaraz nam tu na zawał zejdziesz – prychnęła. Usilnie starała się rozluźnić atmosferę. Jednak napięcie piętrzyło się między nimi w ciasnej przestrzeni zaimprowizowanego lochu niczym chmura ciężkiego, węglowego dymu. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić w tej gwałtownie kurczącej się przestrzeni. Nigdy dotąd nie rozmawiali poważnie na temat swoich uczuć i dziewczyna czuła, że któreś z nich zaraz wybuchnie.
─ Zamilcz! – warknął ostrzegawczo Snape. Ewidentnie unikał jej wzroku.
─ Ktoś, kto publicznie robi z siebie błazna nie może teraz kazać mi siedzieć cicho. Chyba zapomniałeś już, że dawno przestałam być grzeczną dziewczynką – dodała uśmiechając się prowokująco. Sama nie wiedziała, czemu się tak zachowuje. Może to nerwy? Fakt była zdenerwowana. Nie miała pojęcia, jak z nim rozmawiać, czuła przed sobą mur z litej skały, który Mistrz Eliksirów spiętrzył wokół siebie przez te wszystkie lata. A może to był jej mur?
Snape odwrócił się do kobiety plecami.
─ Nią akurat nigdy nie byłaś, Granger – mruknął. Błąd. Kiedyś przynajmniej się starała postępować według zasad. A potem wszystkie , jedna po drugiej, straciły znaczenie.
Roześmiała się. Tego wszystkiego było i tak za dużo. Nie miała siły na fochy Snape'a. Podeszła do mężczyzny i położyła mu dłoń na ramieniu.
─ Co cię tak naprawdę zdenerwowało, Severusie? – zapytała zza jego pleców. Pytanie, na które odpowiedź mogła wywróżyć z zapachu jego potu, z faktury żylastych barków.
─ Twój idiotyzm.
─ Doskonale − sarknęła na wydechu. − A za co dostało się Remusowi i Jamesowi?
─ Banda kretynów – wycedził przez zęby. Był naprawdę wściekły, nie tą zwyczajową, legendarną złością przeznaczoną dla całego świata razem i każdego stworzenia z osobna. Naprawdę z trudem nad sobą panował i Hermiona zdała sobie sprawę, że widzi nowy rodzaj emocji Mistrza Eliksirów. Była to wściekłość prywatna.
Pod palcami czuła jego mocno napięte mięśnie. Zdawało się jej, że zaraz zacznie się trząść w furii. Co mu się stało? Domyślała się, ale tak bardzo nie chciała dawać wiary swoi przeczuciom. A może…
─ Pamiętasz, co sobie obiecywaliśmy? − zapytała szeptem. Zrobiło się jakoś wymownie cicho.
W odpowiedzi otrzymała ponury pomruk. Więc jednak…
─ Severusie, mówię do ciebie.
Usłyszała głębokie westchnienie mężczyzny. Potarł dłonią zmarszczone czoło.
─ Cholernie dobrze o tym wiem – warknął i strącił jej rękę.
─ Severusie… Ja wiem co, do niej czułeś, wiem, co się z nią stało, ale ja nie jestem…
─ Zamilcz! – powiedział zimno. Hermiona westchnęła. I tyle z dojrzałej rozmowy dwojga ludzi. Mogłaby wyć, krzyczeć i skamleć. Jeśli szanowny pan nie chciał jej słuchać, nie dało się złamać jego woli.
Właśnie tego bała się najbardziej. Zrobiło się melodramatycznie. Melodramatyczny Snape – dobre sobie. Chyba dlatego zgłosiła się na ochotnika. Kiedy obudziła się z tego dziwnego koszmaru, wciąż czuła ciepło Remusa, wciąż pamiętała, jak dobrze było dopuścić kogoś do siebie tak blisko. Pamiętała jednak również, aż za dobrze, jak to jest taką osobę stracić. Nie mogła drugi raz się tak załamać. Nie przeżyłaby tego, a Zakon straciłby jednego z ostatnich członków. Myślała, że jeszcze nie jest za późno, by dać nogę. I kiedy wracała do swojej sypialni, przypadkiem usłyszała rozmowę toczącą się w salonie między trzema mężczyznami. Pomyślała, że czemu by nie, czemu nie skorzystać z nadarzającej się okazji do ucieczki.
Wbrew sobie spróbowała jeszcze raz dotrzeć do upartego nauczyciela.
─ Severusie – powtórzyła, mając wrażenie, że imię mężczyzny powoli staje się jej mantrą – nie możemy, ja nie mogę…
─ Och ucisz się wreszcie Granger!
Tym razem posłuchała.
─ Chodź – powiedział spoglądając na nią z niesmakiem. Znowu przybrał publiczną, zobojętniałą maskę, zrozumiała więc, że przedstawienie skończone, a kurtyna opadła na dobre. – Poznaj naszego gościa. Powinnyście sobie trochę porozmawiać.
Snape podszedł do stającego w rogu pomieszczenia kufra i otworzył wszystkie zabezpieczające go kłódki i zamki, po czym podniósł wieko, które opadło z cichym tąpnięciem na kamienną posadzkę.
─ Zapraszam – mruknął w stronę dziewczyny, która powoli podeszła i stanęła u boku mężczyzny. Zajrzała do skrzyni. Pod jej stopami otwierała się dziura głębokości dość niskiego piętra. Od brzegu kufra prowadziły w dół schody, które znikały w półmroku rozświetlonego jedynie chybotliwym światłem pojedynczej świecy pomieszczenia. Przenośne więzienie Moodiego. Wzdrygnęła się.
─ Jest tam? - zapytała odruchowo.
─ Nie zadawaj głupich pytań, tylko idź – warknął mężczyzna popychając ją lekko w stronę schodów. Zaczęła schodzić, przyświecając sobie różdżką. Wtem do ich uszu dobiegł przeszywający krzyk. Na moment skamienieli, niezdolni ocenić skąd dobiega rozdzierający dźwięk. Do krzyku dołączył złośliwy, szalony rechot więzionej w kufrze kobiety.
─ Stul pysk Bella! - warknął Snape i machnął różdżką uciszając Śmierciożerczynię.
─ To na górze – odezwała się Hermiona zduszonym szeptem. Stała nieruchomo z ręką przy ustach.
─ Przecież wiem – jęknął Snape, który miał już dość tego dnia i kontaktów z wszystkimi kretynami zamieszkującymi ten cholerny dom. Co znowu się tutaj u diaska stało?
Hermiona pierwsza pokonała odrętwienie i ruszyła w stronę wyjścia z kufra. Snape podążył za nią.
Gdy stali już w piwnicy mężczyzna złapał ją za przedramię i zatrzymał w biegu.
─ Zamknij kufer – polecił i Hermiona odruchowo wykonała polecenie.
Zamykając zamek za zamkiem, słyszała wciąż przeraźliwy krzyk mężczyzny, do którego dołączyły się teraz odgłosy krzątaniny i stukot stóp biegających tam i sam ludzi. Wszystko to brzmiało jak totalny chaos. Ktoś się włamał? Śmierciożercy na pewno ich znaleźli. Może przyszli po Bellę. Może z zupełnie innego powodu. To już koniec. Nagle wszystko przycichło. Do jej uszu dotarł przytłumiony dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Zaklęła nad głupotą Mistrza Eliksirów, zamknęła ostatnie dwie kłódki i pomknęła do drzwi z różdżką w gotowości.
Nacisnęła klamkę. Tak, jak myślała. Zamknięte.
─ Alohomora – szepnęła, ale nic się nie stało. Zaklęła w duchu. Pieprzony Severus. Rzuciła kilka innych zaklęć otwierających, użyła hasła zabezpieczającego laboratorium (Snape miał bzika na punkcie zabezpieczeń). Ale i to na nic. No tak. Miał ten swój przeklęty klucz, który podarował mu Syriusz w ramach pojednania. Otwierał wszystkie drzwi w tym domu i zamykał je tak, że bez niego nie dało się ich otworzyć żadną inną metodą. Oparła się o ścianę i usiadła warcząc wściekle. I co teraz zrobi? Ma tak czekać, kiedy po drugiej stronie dzieje się jakaś tragedia? Mogła jeszcze przebić t drzwi swoją durną głową... Wtem z drugiej strony doszedł ją dźwięk zbliżających się szybkich kroków. Syriusz! A potem wściekły głos Mistrza Eliksirów.
─ Hermionę! Dajcie mi Hermionę!
Ponownie usłyszała zgrzyt klucza w zamku i drzwi otworzył zamaszyście rumiany mężczyzna w średnim wieku.
─ Jesteś tu – wydusił zdyszany. - Szybko. Na górę. Fred. Snape.
─ Weź apteczkę dziewczyno! - wrzasnął Snape.
Bez słowa cofnęła się po walizeczkę z podstawowymi eliksirami urazowymi i pobiegła na piętro, zostawiając w tyle Blacka z drogocennymi kluczami Nietoperza z Lochów.
Wpadła na drugie piętro.
─ Tutaj, sypialnia bliźniaków – głos Mistrza Eliksirów był już zrównoważony. ─ Pośpiesz się.
─ Gdybyś nie zamknął mnie w piwnicy byłabym... ─ urwała. Stała na progu pokoju obryzganego krwią. Przy łóżku leżał w bezruchu Fred Weasley. Krew była dosłownie wszędzie. Nie tylko na podłodze i i pościeli, ale też na firanach, ścianach, a nawet suficie.
─ Pocięty jak szynka na Boże Narodzenie – skwitował chłodno Snape.
─ Co się stało... na brodę Merlina, Severusie!
─ Sectusempra – odpowiedział rzeczowym, bezbarwnym głosem. - Podaj mi walizkę – polecił sucho.
─ Żyje – odpowiedział na niezadane pytanie Hermiony. - Ale ledwo. A teraz idź i przygotuj więcej eliksiru...
─ Uzupełniającego krew, wiem Severusie – powiedziała spokojnie.
─ Dobrze – Snape uśmiechnął się nieznacznie. - I zajrzyj do Lupina. Zapewne interesuje cię, kto jest winowajcą tego bałaganu.
Hermiona bez słowa odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. Kto u diaska mógł zrobić Fredowi coś takiego?
Fred Weasley siedział samotnie przy oknie swojego pokoju na poddaszu. Było tu cicho. Za cicho. Kiedyś, gdy razem z Georgem zajmowali podobny pokój w Norze, nie było chwili bez śmiechów lub sprzeczek. Wciąż mieli o czym rozmawiać, co planować i wspominać. Byli nie tylko braćmi. Byli idealnymi kopiami siebie samych, jednym istnieniem przeciętym na połowę. Teraz jedna z tych połówek odeszła na zawsze. Fred dojmującą czuł pustkę. Bolesną i bezkresną nicość. Miał wrażenie, jakby ktoś odebrał mu osobowość, duszę, sens życia. Próbował odnaleźć go w Lunie, dla niej i dla Zakonu. Kim był mąż, który nie potrafił być dla żony wsparciem? Kim był żołnierz Zakonu Feniksa, który nie potrafił już znaleźć w sobie woli walki? Pod przymkniętymi powiekami przesuwały mu się twarze tych, których losy z różnych powodów rozplotły się z jego. Harry, Ron, rodzice…
Rozległo się pukanie do drzwi. Fred wzdrygnął się wyrwany ze swoich smętnych przemyśleń. Zanim zdążył odprawić natręta, usłyszał skrzypienie i w szparze między klamka a futryną pojawiła się ruda głowa jego siostry. Westchnął.
─ Mogę wejść? – szepnęła, patrząc na niego błagalnie tymi swoimi wielkimi oczami.
─ Pewnie, że możesz – odpowiedział i uśmiechnął się sztucznie.
─ Myślisz, że długo to jeszcze potrwa? – Ginny usiadła obok niego na łóżku.
─ Co potrwa? – przez moment był zbyt rozkojarzony, żeby pojąć słowa dziewczyny.
─ My, walka, Zakon. Świat. Nie wiem jak to ująć – odpowiedziała, ale Fred zdążył już zrozumieć, czym był przedmiot pytania siostry.
─ Nie mam pojęcia – przyznał szczerze. – Czasem wydaje mi się, że to już, a kiedy indziej mam nadzieję doczekać następnego ranka.
─ Myślisz, że jest jakaś przyczyna? Dlaczego to nas spotyka.
─ Na brodę Merlina, Ginny! – Fred zaczął już tracić cierpliwość. – Skąd u ciebie tyle filozofowania?
─ A tak jakoś… - popatrzyła na niego uśmiechając się dziwnie.
Fred odwrócił się z powrotem do okna. Nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć. Te pytania, ten świat, wszystko było bardzo dziwne.
─ Fred…
─ Słucham? – spojrzał na swoją rudą siostrę.
─ Sectusempra.
Komentarze
Prześlij komentarz